Narcyza

Lustro

Wcale tego nie chciała, wcale nie chciała tak żyć. I z pewnością nie chciała ich ze sobą nosić. Tak naprawdę to oni ją do tego zmusili, ci wszyscy piękni i nieskazitelni ludzie. Niemili, aroganccy ludzie w najmodniejszych ubraniach, którzy udawali, że jej nie widzą i popychali ją na chodniku. To wszystko oni, to wszystko przez nich. Im dłużej na nich patrzyła, tym gorzej się czuła. A przecież nie zawsze tak było. Kiedyś wiedziała, że…
Ale lepiej zacząć od początku, bo przecież każda historia go posiada.
Na imię miała Narcyza i było to wszystko, co o sobie wiedziała. Nie pamiętała ile miała lat, zresztą zawsze czuła, że te dziwaczne liczby do niej nie pasują. Kiedyś wiedziała, że jest ładna i zgrabna. Kiedyś była z siebie całkiem zadowolona. Kiedyś znała siebie. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło.
Poczuła, że z jej twarzą dzieje się coś dziwnego. Zrobiło jej się gorąco i nawet trochę słabo. Ktoś siedzący obok niej zaśmiał się głośno i Narcyza poczuła, że ten śmiech przeznaczony jest tylko dla niej. Gorączkowo szukała go w torebce, kilka drobiazgów wypadło jej na podłogę, w końcu drżącymi rękami wyciągnęła je i spojrzała. Stało się. Tusz, ten niezawodny i trwały tusz, rozmazał się. To był koniec wszystkiego.
Od tamtej pory nosiła je wszędzie, ale szybko przestało jej wystarczać. Nie obejmowało jej całej twarzy, włosów, nie wspominając o sylwetce. Było po prostu za małe.
Narcyza zaczęła więc nosić ze sobą większe. Dzięki niemu widziała więcej, ale i to również szybko przestało być wystarczające. Poza tym bolały ją ręce. Postanowiła złożyć specjalne zamówienie i kiedy paczka do niej dotarła, poczuła niewysłowioną ulgę.
To nic, że ograniczały jej ruchy, były ciężkie i nie mieściły się w drzwiach tramwaju. Zaczęła chodzić pieszo i pomyślała, że to nawet lepiej dla jej zdrowia. Był to jeszcze czas, kiedy słyszała głos rozsądku. Szybko go jednak zagłuszyła.
Najważniejsze było to, że teraz widziała siebie ze wszystkich stron. Widziała każdy pyłek na twarzy, każdy niesforny kosmyk, każdą niechcianą plamkę, każde zagniecenie koszuli, każdą grudkę błota na spodniach, każdy feler i wszystkie niedoskonałości. Teraz mogła wszystko kontrolować, wygładzać, strzepywać, poprawiać, układać. Natychmiast i bez zastanowienia. I tak bez końca. Tylko noc przynosiła jej ulgę. Na początku jeszcze docierały do niej dźwięki świata zewnętrznego, dostrzegała zmianę pogody (zwłaszcza deszcz i wiatr, których nie cierpiała). Wpadając, co zdarzało się często, na innych ludzi Narcyza początkowo była w stanie powiedzieć : Przepraszam. W końcu jednak przestała słyszeć i dostrzegać cokolwiek. Widziała tylko samą siebie i zaczęło jej to wystarczać. Powoli stawały się częścią niej, a ona wrastała w nie już na stałe. I mogłoby tak być już zawsze, gdyby nie to, że Narcyza była śmiertelnie zmęczona, a po początkowym spokoju nie było już dawno śladu. Kiedyś nawet pomyślała, że chciałaby ujrzeć inną twarz.
Któregoś dnia uderzyła o coś mocno. Po chwili usłyszała miły głos:
– Hej, po co ci te lustra?
Nic nie odpowiedziała, bo nie była pewna czy jeszcze pamięta jak się to robi. Z nimi nie trzeba rozmawiać.
– Hej, hej, jest tam kto? Co to jest? To jakiś performance?
Narcyza niewiele pamiętała z tej chwili. Tylko potworny huk, który je unicestwił. I swoją zdumioną twarz odbitą w jego oczach.

Zdjęcie: http://kaboompics.com/search/Mirror#